Błąd
  • JUser: :_load: Unable to load user with ID: 90
poniedziałek, 28 września 2015 18:03

Rafał Ulatowski: Życie mnie pokopało po tyłku, ale tu w Bełchatowie czuję się świetnie

- Niełatwo jest przyjść do szatni, która spada z Ekstraklasy. My powiedzieliśmy sobie, że bezpośredni awans tymi samymi ludźmi nas nie interesuje. Budujemy drużynę na innych zasadach, z innymi, młodszymi piłkarzami, którzy będą chcieli zostawić zdrowie dla klubu - mówi trener GKS Bełchatów w długiej rozmowie z GKS.net.pl.

Adam Kieruzel: Los pana nie oszczędził. Po dobrym okresie trenerskim w swojej karierze, przyszedł czas na kilka minut zapomnienia o nazwisku Ulatowski. Cracovia, Lechia, Miedź potem długo, długo nic... Jak zmienił pana ten okres? Czy Rafał Ulatowski to obecnie inny trener niż ten, który prowadził GKS w 2010 roku?

Rafał Ulatowski: Na pewno trener dojrzalszy, spokojniejszy, twardziej stąpający po ziemi, pokorniejszy niż w okresie trenerskim, który jest już za mną. Widzę siebie jako innego trenera, i z tego powodu cieszę się oraz cały czas powtarzam, że cieszę się, że jestem w Bełchatowie. W miejscu, które kojarzy mi się tylko pozytywnie - ze zwycięstwami, z dobrym okresem. To co robimy do tej pory przez 2 miesiące wskazuje, że podjęcie tu pracy, to była dobra decyzja, że i GKS na tym zyskuje, i ja. Widać, że chcemy zrobić coś pozytywnego dla klubu, dla miasta i dla społeczności.

- Jak pan pamięta rozstanie z GKS-em w tamtym okresie i co było powodem, że współpraca dobiegła końca? Niektórzy kibice wprost mówią, że poczuł się pan zbyt pewnie, a Bełchatów potraktował jako za mały klub do kontynuowania kariery.

- Wiem, że tak mogło to wyglądać i zdaję sobie sprawę z reakcji, czy opinii niektórych ludzi. Nie dyskutuję z nimi, bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Po prostu mój kontrakt wygasł, dobiegał końca wraz z czerwcem 2010 roku. Wcześniej to był okres dużych zmian w klubie, bo PGE postawiło nas przed faktem, że będzie ograniczało finansowanie. Szykowała się nowa władza w klubie, bo ci prezesi z którymi ja pracowałem: prezes Zalejski, prezes Tomaszewski odchodzili z końcem sezonu, a w ich miejsce miały być powołane inne osoby. Nie doszliśmy do porozumienia co do celu sportowego, bo cel jaki miał być przede mną postawiony był taki sam. Mieliśmy grać o europejskie puchary. Wiedząc o tym, że odchodzi z klubu Dariusz Pietrasiak, Patryk Rachwał, Jakub Tosik i inni zawodnicy, którym się kończą kontrakty to zdawałem sobie sprawę z tego, że będzie to bardzo trudne do osiągnięcia, a wiedziałem też, że druga strona nie była aż tak zmotywowana i zdeterminowana do tego żebyśmy przedłużyli umowę. W związku z tym po dżentelmeńsku podziękowaliśmy sobie za współpracę. Był to dla mnie naprawdę kapitalny okres. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale kiedy odszedłem od GKS-u i to się upubliczniło, nie tylko Cracovia się mną zainteresowała, ale i trzy inne kluby z absolutnego polskiego topu. Po tym okresie stagnacji 3-4 letniej, jak wspominam sobie, że takie kluby do mnie dzwoniły, to aż nie mogę w to uwierzyć.


Na zdjęciu Dawid Nowak i Rafał Ulatowski, sezon 2009/10

- Jednym ze spotkań, które zapewne zapadły panu w pamięci, jak i wielu kibicom, jest przegrany pojedynek Cracovii z Legią, kiedy to miał pan ochotę sędziego Stefańskiego powiesić na Wieży Mariackiej. Zareagował pan wtedy bardzo emocjonalnie, co różnie było interpretowane w mediach. Żałuje Pan tych słów?

- Żałuję. Oczywiście, że tak, bo odwróciło się to przeciwko mnie. Reakcja kibiców krakowskich dzień, dwa po meczu, kiedy wracałem z treningu to była euforia, po prostu wszyscy się cieszyli, że jest taki trener, że nie boi się powiedzieć, że sędzia w ich opinii też wtedy skrzywdził Cracovię. Trener jest tak dobry jak wyniki meczów i nie było potem czym się szczycić. Wszyscy szybko zapomnieli, że kiedyś ktoś mnie pochwalił za takie wypowiedzi, a na koniec gdzieś tam w tej Cracovii mocno dostałem od życia i uważam, że takie wypowiedzi nie przystoją trenerowi. Emocje trzeba umieć kontrolować, a ja wtedy byłem trenerem o stosunkowo młodym stażu. Dzisiaj pewnie pomyślał bym to samo o arbitrze, ale nie powiedziałbym tego na głos.

- W Lechii podpisuje pan kontrakt dwuletni, a przygoda się kończy po czterech spotkaniach. Czas pokazał, że w Gdańsku nie do końca wszystko jest poukładane jak powinno. Pan był jedną z ofiar swego rodzaju przemiału. Co wyciągnął pan z takiego doświadczenia?

- Nauczyłem się, że najważniejszą relację, kiedy podpisuje się kontrakt, jest relacja między prezesem a trenerem. Te dwie osoby muszą myśleć w ten sam sposób. W Lechii było nam nie po drodze po miesiącu, a rzeczywiście inne były oczekiwania moje i klubu. Tak jak pan to nazwał po imieniu: zbyt dużo rzeczy organizacyjnych nie układa się w Lechii, żeby myśleć tylko o boisku. Co chwila zmienia się trener, prezes, dyrektor sportowy. Różni ludzie chcą czerpać korzyści pojawiając się w Lechii, dlatego nie do końca miło to wspominam. Podobna rzecz była w Miedzi. Dowiedziałem się przede wszystkim tego, że najważniejsze relacje są właśnie pomiędzy prezesem a trenerem.

- Po rozstaniu z Miedzią na długo zniknął pan z trenerskiej karuzeli. Co pan w tym czasie robił?

- Byłem na mistrzostwach świata jako komentator telewizyjny. Absolutnie coś niebywałego. Po pierwsze miałem okazję pojechać do Brazylii, po drugie na mundial, po trzecie przeżyć dwanaście meczów na żywo i opowiadać o nich. Takich rzeczy nie można sobie nawet w marzeniach wyśnić. Trochę pojeździłem też na konferencje trenerskie. Działałem bardziej na polu pedagogicznym niż bezpośrednio na boiskowym. Nie miałem jakichś większych wybitnych ofert, które pozwalałyby mi gdzieś przerwać codzienne życie i jechać na drugi koniec Polski. Oferty się oczywiście pojawiały, ale nauczony doświadczeniem, żeby nie iść w to miejsce, które jest miejscem niepewnym, wolałem, jak już kiedyś powiedziałem, przepłakać jedną noc w poduszkę i obudzić się rano z myślą: dobrze, że tam nie poszedłem i nie zaryzykowałem, bo też trenerzy którzy pojawiali się w moje miejsce w tych klubach nie pracowali w nich zbyt długo.

- Wydawałoby się, że pan w wieku 38 lat jest jednym z większych objawień trenerskich w Polsce. Po nieudanym występie reprezentacji na Euro w 2008 roku przyszedł czas na GKS, a następnie wszystko zgasło. Co miało decydujący wpływ na ten dołek w pańskiej karierze?

- Cracovia. To, że nie byłem przygotowany na starcia z ludźmi odpowiedzialnymi za politykę klubu. Oczywiście, gdy zespół nie wygrywa to różne relacje pojawiają się między właścicielem, a trenerem. Ja do czasu podjęcia pracy w Krakowie pracowałem w innych układach. Był zarząd, który zbierał się raz na tydzień, a przez cały tydzień pracy to ja miałem wpływ na zespół. Kiedy jest się jednak na garnuszku u prywatnego właściciela, to ten właściciel też uzurpuje sobie prawo, żeby swoje stanowisko na temat gry drużyny artykułować częściej niż raz w tygodniu. W jakiś sposób jestem jednak wdzięczny za to, jak profesor Filipak kształtował mój charakter w Cracovii. Bardzo wiele mnie to nauczyło i było to kapitalną lekcją życia. Żałuję, że nauczyłem się tego na własnej skórze, a nie nauczyłem się tego z błędów innych osób. Natomiast dzisiaj patrzę już na to zupełnie inaczej. Było mi to potrzebne w życiu.

- Czy jest jakiś zagraniczny trener, z którego czerpie pan najwięcej? Jakiś pana trenerski idol?

- Nie, nie. Nie ma czegoś takiego. Ja bardzo miło wspominam okres współpracy z Leo Beenhakkerem, który też doceniam dopiero po fakcie. Inaczej jest, kiedy obcuje się z nim na co dzień i słucha się go jak swojego mentora, jako kogoś z kim jest się w bardzo dobrych relacjach, a inaczej kiedy po 4-5 latach wraca się do jego słów, odpraw. Do wszystkiego, co przekazywał ze swojej głębokiej wiedzy. To nie były tylko relacje trener-asystent. My w jakiś sposób nawiązaliśmy nić małej relacji jak ojciec z synem. W związku z tym kapitanie to wspominam i dużo czerpię z tej mądrości, spokoju. Dzisiaj, nawet prowadząc GKS Bełchatów, gdybym był trenerem z wcześniejszego okresu, reagowałbym inaczej niż jak reaguję teraz. Dziś jestem o wiele spokojniejszy i na wiele rzeczy patrzę innym okiem.

- Przychodząc po raz drugi do GKS-u, miał Pan przez kilkanaście dni do czynienia z piłkarzami, którzy byli odpowiedzialni za spadek do 1. ligi. Czy rozmawiał pan w ogóle z piłkarzami, którzy postanowili rozwiązać kontrakty z GKS?

- My przyjęliśmy sobie określoną liczbę osób, które chcemy zatrzymać, oczywiście na naszych warunkach finansowych. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest grupa osób, którym sami będziemy musieli podziękować, godząc się na to z czym to jest związane, czyli na rozwiązanie kontraktu za porozumieniem stron. Nie starałem się na początku nikogo do siebie zrazić, ani dać odczuć, że jest niemile widziany, bo nie wiedziałem jak to wszystko się potoczy. Mogła być taka ewentualność, że nawet ci niechciani mogliby się na to nie godzić, albo nas nie byłoby stać, żeby spłacić ich zobowiązania. Wiedziałem, że muszę się z tymi piłkarzami przez jakiś czas spotykać, trenować, grać. W związku z tym przyjęliśmy taką zasadę, że dopóki nie będziemy mieli niczego pewnego na papierze wszystkich traktujemy tak, jakby byli naszymi zawodnikami.

- Można było odczuć w relacjach co niektórych piłkarzy konflikty, które teraz wypływają na zewnątrz?

- Niełatwo jest przyjść do szatni, która spada z Ekstraklasy. To jest taki łańcuch wydarzeń, bo jeśli odchodzi jeden, drugi, piąty zawodnik, to ci, którzy uważają, że mają umiejętności do gry w Ekstraklasie będą niezadowoleni, bo widzą, że ten klub może po roku nie dać im gwarancji awansu. My powiedzieliśmy sobie, że bezpośredni awans tymi samymi ludźmi nas nie interesuje. Budujemy drużynę na innych zasadach, z innymi, młodszymi piłkarzami, którzy będą chcieli zostawić zdrowie dla klubu.

- Trzy miesiące spędzone wśród tak młodych piłkarzy jakich pan ma pod swoimi skrzydłami nauczyły już pana czegoś?

- Tak. Tego, że forma młodego piłkarza jest niestabilna, że w jednym meczu potrafi wyskoczyć, wygrać mecz w 90. minucie, w dogrywce, z rzutu karnego, a w innym meczu może popełnić prosty błąd w środkowej strefie boiska, który skończy się bramką dla przeciwnika. Dlatego, analizując wszystkie mecze, rozmawiając z zawodnikami, też muszę być kimś w rodzaju mentora, który podpowiada. Każdy może popełnić jeden błąd, natomiast jeśli popełni drugi raz ten sam błąd w identycznych okolicznościach, to znaczy, że nie wyciągnął wniosków i moja rozmowa jest wtedy z nim inna. Na tę chwilę nie mam pretensji do żadnego piłkarza, bo nikt nie popełnił dwa razy tego samego błędu. Raz straci piłkę Zgarda, raz Klemenz pójdzie w 90. minucie spotkania z Katowicami nie tam, gdzie powinien, ale od tego czasu i Zgarda i Klemenz poprawiają swoje błędy, stają się lepszymi zawodnikami. Tak samo dzieje się z innymi piłkarzami. Ja tutaj tylko przytoczyłem dwa nazwiska, bo mi się przypomniał sposób w jaki straciliśmy bramkę z Katowicami na 1:2 i bramkę z meczu pucharowego z Chojniczanką.

- Kim w GKS-ie jest Patryk Rachwał?

- Kapitanem zespołu, dobrym duchem w szatni, pasterzem tej młodej trzódki, która się tutaj znalazła. Jest wsparciem mentalnym dla tych piłkarzy, bo to nie tylko zawodnik, ale i ktoś na kogo ci piłkarze patrzą. Jestem tym bardzo zaskoczony, że dziś są jeszcze tacy piłkarze, z których postawy młodzież potrafi czerpać korzyści. Zawsze był taki model, że byli młodzi i kilku starszych, na których oni się zapatrywali. U nas mamy jednego zawodnika powyżej 30. roku życia i to jest Patryk Rachwał. I ta młodzież czerpie z niego bardzo dużo, a Patryk jest odpowiednią osobą, aby przekazywać swoją wiedzę. Po pierwsze ze względu na swoje doświadczenie, o czym świadczy około 300 meczów w Ekstraklasie, po drugie, że ma do tego charakter i jest wsparciem dla młodzieży.

- Zapewne śledzi pan poczynania młodych piłkarzy w IV lidze czy też w Centralnej Lidze Juniorów. Czy ma pan na oku jakichś zawodników, którzy zimą mogliby być gotowi do walki o skład w pierwszej drużynie?

- Oczywiście, że widzę. Jest Pałczyński, Łabędzki, Maciejewski, Sitarz, młody Michalski, Góralczyk na lewej stronie, Banasiak czy Nouri, który teraz wchodzi. Grupa młodych piłkarzy jest spora i nie chcę teraz tutaj pominąć jakiegokolwiek nazwiska, żeby nikt źle się nie poczuł. Chodzę na ich mecze, sprawia mi frajdę ich gra. Byłem ostatnio na Widzewie, gdzie pokazali się naprawdę z bardzo dobrej strony. Juniorzy też mają mecze, na które patrzę z przyjemnością np. wygrana z Wisłą Kraków u siebie. Szczęście nam pomogło, poprzeczka w ostatniej sekundzie meczu, gdzie też takiego meczu dawno nie widziałem, gdzie zespół przeciwnika uderzył w poprzeczkę w ostatniej sekundzie miał akcję na remis i sędzia po tym strzale zakończył to spotkanie. Jest dużo emocji, jest dużo pozytywnej energii wokół młodzieżowej piłki u nas. Myślę, że o przyszłość możemy być spokojni. Jeśli młodych będziemy prowadzić tak, jak ich prowadzimy to ten naturalny dopływ z zespołów młodzieżowych będzie miał miejsce.

- Młodzieńcza fantazja i serce do walki dawała na początku sezonu gole w końcówce, a teraz ta suma szczęścia, jak pan powiedział wychodzi na zero. Recepta na to by nie tracić tych goli w końcówce?

- Powiem tak. Z Katowicami popełniliśmy błąd taktyczny, że nasz defensywny pomocnik był nie w tym miejscu w którym powinien, że przy 1:1 nie pomyślał o tym żeby zabezpieczyć bramkę, tylko chciał strzelić bramkę na 2:1. Reakcja łańcuchowa, zabrakło go w tym miejscu, w którym straciliśmy bramkę. Wiemy już jak się ustawić ma defensywny pomocnik. W meczu z Chojnicami środkowy pomocnik traci w prosty sposób piłkę, ktoś inny nie popełnia faulu taktycznego, który zapobiegłby stracie tego gola. To wszystko są przypadki, które musisz przeżyć i wycierpieć na własnej skórze, dostać burę od trenera i zawodników i wtedy się uczysz. Dlatego wczoraj zrobił błąd ktoś, przedwczoraj ktoś inny, a jutro czy pojutrze znów ktoś będzie na ustach wszystkich, ale oby to były usta pozytywne, a nie negatywne. Zdajemy sobie sprawę, że łatwiej by się grało w końcówkach, gdybyśmy mieli takich 4-5 Patryków Rachwałów. Nie będziemy ich mieć, ponieważ nie jest to naszym zamiarem. My chcemy oprzeć zespół na młodzieży. Na piłkarzach, którzy się uczą, zdając sobie sprawę z tego, że od czasu do czasu ta młodzieńcza fantazja będzie popełniać gafy w końcówkach.

- Czyli w zimowym oknie transferowym nie będziemy się mogli spodziewać takich transferów piłkarzy w okolicach 30 lat?

- Na pewno nie. Zobaczymy jak to wszystko się potoczy, w tych meczach, które nam pozostały. Raczej skupiamy się na tym żeby mieć piłkarzy nie zaawansowanych wiekowo, takich jakich mamy teraz, bo ja patrząc dzisiaj na całą listę piłkarzy nie mogę powiedzieć, że ty mi się nie podobasz czy się nie nadajesz i na twoje miejsce ktoś przychodzi. Siłą GKS-u jest to, że jest nas 20 piłkarzy z pola, a z Cezarym Nowińskim, który puka do bram pierwszego zespołu jest nas 21. Na razie nie mamy kontuzji, które eliminują kogoś na dłuższy okres z wyjątkiem Norberta Misiaka. Na dobrą sprawę mam komfort w tym momencie, ponieważ mam 20 chłopaków z pola, a mogę wziąć tylko 18 do kadry meczowej. To jest rzecz pozytywna, że mam wybór i dzisiaj, myśląc o zimowym oknie transferowym, nie ma kogoś kogo bym tutaj chętnie ściągnął. Jeśli znajdzie się ktoś w Polsce, kto przyjedzie do klubu i powie, że chce naszego zawodnika, a my się dogadamy finansowo, to na jego miejsce będziemy ściągać innych. Na chwilę obecną mam kadrę, z której pracy jestem zadowolony.

- Mecz przeciwko Arce czy GKS-owi Katowice był chyba w pierwszych 45 minutach marzeniem. Prowadzimy 1:0 kontrolujemy grę, aż nagle w drugiej połowie dostajemy gonga i zamiast lidera jest tylko, a może i aż, 5. miejsce. Analizując te mecze na spokojnie bardziej jest Pan zadowolony, czy żałuje straconych punktów.

- Absolutnie żałuję, bo w piłce jak masz szansę, żeby coś osiągnąć, to nie możesz czekać, aż ta szansa nadejdzie drugi raz. Żałuję bardzo tego remisu z Arką, chyba bardziej niż porażki z Katowicami, bo zwycięstwo z Arką do 93. minuty dawało nam pozycję lidera tabeli i to we mnie jest dużą zadrą. Tym bardziej, że jak analizowaliśmy mecz, to Arka nie zagroziła nam zbytnio. Katowice strzeliły nam bramki po naszych błędach u siebie, dobra trudno, ale wynikiem z Arką jesteśmy zawiedzeni, bo to była by nagroda dla młodych chłopaków. Tak samo żałuję meczu pucharowego z Chojniczanką, gdzie już przygotowywaliśmy się do rzutów karnych. Byłem spokojny, że Lenarcik to lepszy bramkarz niż Hładun, co pokazuje na treningach i wiedziałem, że jeśli dojdzie do jedenastek to my będziemy mieli przewagę lepszego bramkarza. Nie udało się, ale to nie było też tak, że graliśmy na karne. Chcieliśmy kontrolować to co się dzieje. To nasz pierwszy mecz, gdzie mieliśmy lepsze posiadanie piłki od przeciwnika. Może nie jesteśmy megazespołem, który kreuje 15 sytuacji i oddaje 10 strzałów. Na razie nas na to nie stać, bo mamy nowych piłkarzy. Doszedł Demianiuk, jest nowy Stanisławski, są różne warianty gry na skrzydle. Bartosiak zachorował - nie mogłem z niego skorzystać. Jest młody, dobry Papikyan. Jest Zięba i Wroński, którzy gdzieś tam ciągle rywalizują, Hirek Gierszewski z przodu. Nie mamy takiej stalowej jedenastki i sześciu rezerwowych, ale każdy piłkarz ma jakąś wartość. Wracając do pytania, żałuję bardzo tych punktów, bo bycie liderem to bycie na topie. Tak samo zagrać z Legią na Łazienkowskiej to było moje marzenie i podejrzewam, że dla piłkarzy też nagroda za pracę jaką wykonują. Byliśmy minutę od tego by być liderem, a pięć minut od tego by dograć do karnych i być lepszym zespołem.

- 14 punktów w 9 meczach. Jak może pan podsumować tą pierwszą część rundy jesiennej?

- Nie jestem szczęśliwy, bo dopisując dwa punkty z Katowicami i zwycięstwo z Arką, mamy 5 punktów więcej. Gdybyśmy mieli 19 punktów, jest OK. Przegraliśmy pierwszy mecz ze Stomilem, bo nie byliśmy nauczeni pierwszoligowej piłki, być może wystraszeni tego jak to wszystko wyjdzie. Trudno, stało się. Na Wiśle Płock nie mieliśmy nic do powiedzenia i Wisła zasłużenie wygrała ten mecz. Po prostu tak jest. Żałuję bardzo mocno GKS-u Katowice i Arki Gdynia. Uważam jednak, że jesteśmy ciągle w grze, nie jesteśmy czerwoną latarnią, ogonem tabeli tylko plasujemy się w górnej części tabeli.

- Trzeba teraz studzić głowy kibiców? Niektórzy uwierzyli chyba, że już w tym sezonie włączymy się w walkę o awans?

- Trzeba być realistą i zdawać sobie sprawę z tego, o co my graliśmy od początku. Po drugie, jak masz w piłce na coś szansę to musisz to wykorzystać. Ja też inaczej patrzę już na ten zespół. Nie patrzę już na nas jak na średniaków, którzy się dopiero teraz uczą. Teraz już wiem, że stworzyła się grupa piłkarzy, którzy chcą coś osiągnąć, dobrze się ze sobą dogadują na boisku i z tej mąki może być dobry chleb. Chciałbym żeby ten chleb był już w maju przyszłego roku. Nie wiem jak inni będą grać. Prawdziwą wartość poznamy w październiku, kiedy euforia wszystkich drużyn minie, piłkarze będą mieć kontuzje, urazy, choroby, wykluczenia za kartki. Wtedy liczba graczy w kadrze będzie świadczyła jak te drużyny będą sobie radziły. Ja nadal uważam, że mamy w kadrze 21 dobrych i na równym poziomie zawodników z pola. Jeżeli będziemy dalej tak pracować i ominą nas większe urazy, jak to jest do tej pory, to październik nie musi być dla nas taki smutny. Jeśli następny miesiąc nam dobrze wyjdzie, będzie to kapitalna okazja by myśleć więcej niż o utrzymaniu.

- Za GKS-em mecze z takimi rywalami jak GKS Katowice, Zawisza Bydgoszcz, Arka Gdynia czy Dolcan Ząbki, natomiast przed wami teoretycznie łatwiejsi rywale: Pogoń Siedlce, Rozwój Katowice, czy MKS Kluczbork. Okazja do wybicia się na czoło tabeli jest, ale tylko teoretycznie, bo te mecze mogą się okazać dla piłkarzy jeszcze cięższe.

- Taka ta liga jest. Każdy wygrywa z każdym. Nie pamiętam, kiedy ostatnio była tak spłaszczona i ciasna. Do każdego meczu musisz być skoncentrowany, odpowiednio zmotywowany. Ważne jest to, żeby piłkarze nie grający w jednym meczu poczuli się potrzebni w jakimś z kolejnych pojedynków.

- Jak jesteście przygotowani fizycznie do drugiej części rundy? Mecz w Chojnicach pokazał, że piłkarze mogą grać i grać.

- To jest ten efekt młodości. Tutaj nikt nie narzeka na to, że coś go boli, bo jest duża rywalizacja i każdy chce grać w pierwszym składzie. Jest dobrze przeprowadzony trening, piłkarze dbają o siebie, dużo na ten temat rozmawiamy. Cieszy to, że tak wyglądamy. Dokładamy do tego umiejętności piłkarskie, które widzę, że rosną z każdym treningiem czy meczem. Teraz jedziemy na mecze i prowadzimy grę. Jeśli przypominam sobie mecze ze Stomilem, Chojniczanką czy Dolcanem, to zęby bolały jak się na to patrzyło, a zmiana systemu na tych dwóch silnych napastników Demianiuk, Stanisławski powoduje, że potrafimy utrzymać piłkę, wymienić kilka podań. Brakuje nam jeszcze polotu w przodzie, m.in. pójścia na bramkę rywala i oddania strzału. Nad tym będziemy pracować. Generalnie z postępów zespołu jestem bardzo zadowolony. Jeśli chodzi o stronę fizyczną to prezentujemy się pozytywnie.

- Żółte kartki. To temat w Bełchatowie obszerny. W Kluczborku bez Zgardy, już na początku sezonu absencję odbył Kuban. Zdania są podzielone, ponieważ z jednej strony, z kolejki na kolejkę będzie coraz ciężej jeśli dojdzie do absencji takich piłkarzy jak Cverna czy Rachwał, ale z drugiej strony te kartki pokazują charakter i walkę o każdy centymetr murawy.

- Dużo z tych kartek to efekt naiwności. Takich fauli, których można uniknąć np. jeśli przeciwnik jest ustawiony tyłem do naszej bramki, a my chcemy za wszelką cenę uzyskać posiadanie piłki i wtedy niepotrzebnie faulujemy. To brak doświadczenia i ja też mam podzieloną opinię. Z jednej strony widzę charakter i walkę, a z drugiej tych kartek jest za dużo i to takich niewymuszonych. Na szczęście, z tych kilkunastu kartek może dwie są za niesportowe zachowanie. Podoba mi się to zaangażowanie piłkarzy.

- Ciężko trzymać na ławce młodzieżowych reprezentantów Polski, jak pan podkreślił na jednej z pomeczowych konferencji? Czym przede wszystkim sugeruje się pan przy doborze składu na mecze?

- Przede wszystkim dobrem zespołu. Przypominając sobie omawiane wcześniej starcie ze Stomilem, w Pucharze Polski z Bytovią zagraliśmy zupełnie inaczej, na Chojnicach także zagraliśmy inaczej. Podoba mi się to, że ten sam piłkarz może zagrać na kilku pozycjach, ale też, że jesteśmy elastyczni taktycznie, że ci piłkarze szybko chłoną wiedzę, którą im się przekazuje. Łatwiej się nam wtedy manewruje między grą na dwóch napastników czy na jednego, na skrzydłowych bliżej środka, czy też takich typu Zięba grających bliżej linii bocznej boiska. To nasz atut, że potrafimy się dostosować do każdej taktyki.

- Na ile sztab szkoleniowy działa na zasadzie burzy mózgów jeśli chodzi o dobór składu i inne sprawy?

- Mocno, mocno. To też jest moja zmiana w podejściu do budowy sztabu i do dyskusji, bo wcześniej zdawało mi się, że mam monopol na wiedzę i musiało być tak jak ja chcę. Teraz jestem trenerem, gdzie często dochodzi do burzy mózgów i niekoniecznie zawsze kończy się ona kolorowo. Czasami rozchodzimy się denerwując się na siebie, ale fajne jest to, że po godzinie czy dwóch wracamy i wyciągamy wspólne wnioski dla dobra klubu i tak ma być.

- Dlaczego akurat Adam Buczek jako pana prawa ręka?

- Jedna z lepszych decyzji jaką tutaj podjąłem. Potrzebowałem kogoś kogo znam, komu mogę zaufać. Jest to osoba, która sprawdziła się w pracy z młodzieżą w Lubinie, gdzie dwukrotnie Zagłębie pod jego okiem sięgało po mistrzostwo Młodej Ekstraklasy. Solidność, wiedza na temat piłki nożnej. Adam przez krótki okres był też trenerem pierwszej drużyny Zagłębia Lubin. Pracował z takimi trenerami jak Lenczyk, Urban, Hapal, gdzie też nabierał doświadczenia. Wiem, że to była bardzo dobra decyzja. Kacper Jędrychowski. mój asystent, młody wilk z Bełchatowa, do tej pory w drugim zespole jako drugi trener Krystiana Kieracha, też daje dużo pozytywnych rzeczy. Wiadomo, młody trener ma inne spojrzenie, inną kulturę. Po prostu jest to inna generacja trenera. Ma to swoje duże korzyści. Ma swoją działkę przygotowania motorycznego, daję mu też dużo wolnej ręki w niektórych częściach treningu i póki co czerpiemy z tego same korzyści.

- Czy liczy pan w czasie okienka na wpływy jakie posiada z pewnością dyrektor sportowy Jacek Krzynówek? Czy piłkarzy będziecie szukać głównie w regionie?

- Wpływy Jacka Krzynówka… Chciałbym pewnie z Wolfsburga tego napastnika Basa Dosta, który ostatnio często kłóci się z trenerem. Może jak się pokłóci do końca, to Jacek go ściągnie do nas. A poważnie, to wszystko zależy od tego jakim zainteresowaniem będą się cieszyć nasi piłkarze. Też jestem zdania takiego, że w każdym okienku 2-3 nowych piłkarzy przydałoby się w zespole. Wiemy jednak, że jesteśmy zupełnie nową drużyną i nie ma piłkarzy którzy się zasiedzieli w szatni, oprócz Rachwała, którego nie będziemy chcieli sprzedać bo raz, że jest kapitanem, a dwa to popyt na zawodnika 34+… Musiałby się zgłosić po niego AC Milan, do laboratorium Milanelo. Mamy Witasika, Bartosiaka, Wrońskiego, którzy dostają swoją szansę, czyli nazwiska, które chcą coś udowodnić zanim byśmy mieli z nich rezygnować. Zdaję sobie sprawę, że możemy kogoś stracić. Już na naszych meczach pojawiają się skauci z innych klubów z Ekstraklasy, interesując się jednym czy drugim zawodnikiem, a my z Jackiem również penetrujemy potencjalnych kandydatów na nowych piłkarzy.

- Jak było w przypadku polityki transferowej klubu przy ściągnięcia Norberta Misiaka? Ciężka kontuzja w sparingu i wszystko się posypało. Czy to aż tak ważny piłkarz, że mimo kontuzji klub zdecydował się na podpisanie kontraktu?

- Raz, że dobry piłkarz. Dwa, że postąpiliśmy tutaj jak nakazują zasady etyki, bo byliśmy dogadani z Norbertem już 3-4 dni wcześniej. Brakowało tylko podpisu na kontrakcie i wyznając zasady współpracy, partnerstwa, bycia człowiekiem, to nie widzieliśmy innej opcji niż podpisanie z nim kontraktu. Dla prezesa, dla Jacka Krzynówka i dla tych, którzy tę decyzję podjęli i uszanowali należy się wielki szacunek, bo zdajemy sobie sprawę, że w tych meczach sparingowych Norbert był pierwszoplanową postacią. Marzy mi się dzisiaj taki zawodnik jak Norbert, który byłby do naszej dyspozycji, bo z nim bylibyśmy jeszcze mocniejsi piłkarsko. My się dopiero zbieraliśmy i uczyliśmy gry w piłkę, natomiast Norbert przyszedł z Legii, gdzie było widać jego kulturę gry, dlatego żałuję, że go nie ma. Podsumowując, postąpiliśmy tak, jak powinien zrobić każdy w naszej sytuacji i tutaj nie oczekujemy żadnych splendorów. Przełknęliśmy gorzką pigułkę, że Norberta nie ma do dyspozycji. Życzę mu zdrowia, rehabilitujemy go jak najszybciej i myślę, że przy dobrych wiatrach jeśli będzie z kolanem wszystko szło tak jak idzie to zimą może on być naszym pierwszym wzmocnieniem.

- Czy może pan powiedzieć coś więcej na temat zdrowia Macieja Krakowiaka? Ile potrzeba jeszcze czasu by powrócił on do pełni zdrowia?

- Maciek wrócił po okresie pierwszej rehabilitacji, a teraz przez 4 tygodnie czasu będzie miał gips i tutaj silne nerwy Pawła Lenarcika, trenera Zbigniewa Robakiewicza, Kamila Bruchajzera, Daniela Niźnika, że sobie we trójkę dają radę i dziś nasz najstarszy bramkarz ma… 20 lat. Ze świecą szukać drugiej takiej drużyny. Czekamy też na Maćka żeby wrócił, żeby bój o rękawice z numerem pierwszym był taki jak do tej pory, bo przecież Maciek bronił w lidze, a Paweł bronił w Pucharze. Okazuje się, że nagle Paweł jest numerem "1" i jeśli nic się złego nie stanie nie będziemy chcieli nikogo ściągać na tę pozycję.

- Kiedy przewiduje się powrót na boisko Damiana Szymańskiego?

- To wszystko zależy od procesu rehabilitacji. Myślę, że jeżeli będzie to przebiegało tak jak teraz to od 1 stycznia będzie zawodnikiem pierwszego zespołu. Nie wiem co dalej, bo Damianowi kończy się kontrakt w czerwcu 2016 roku i też chciałbym żebyśmy wszyscy zdawali sobie sprawę, że ciężko cokolwiek teraz powiedzieć, bo wiemy jakim wartościowym piłkarzem był w tamtym sezonie ten zawodnik. Nas niepokoi, że ten kontrakt jest tylko do czerwca przyszłego roku i pewnie byśmy chcieli go przedłużyć, ale nie wiem jak postąpi Damian.

- Gdzie będzie Rafał Ulatowski za dwa lata i gdzie będzie wtedy GKS?

- Życie tak mnie pokopało po tyłku, ale tu w Bełchatowie czuję się świetnie. W tym klubie, w tym pokoju i z tymi ludźmi, których mam. Z dyrektorem i prezesem tak się fajnie dogadujemy, że chciałbym w te dwa lata wypełnić swój kontrakt, bo na taki okres podpisałem umowę. Jestem ambitny i chcę wrócić do Ekstraklasy. Marzy nam się, żeby włączyć się o awans w tym roku. Nie mówię, że tak nie będzie, ale jestem realistą i jeszcze trochę nam brakuje. Fantazja fantazją, ale tracimy za dużo prostych punktów. Zespół, który ma awansować do Ekstraklasy nie może dać sobie sprokurować wolnego w 94. minucie z Arką, nie może stracić bramki w doliczonym czasie w przewadze jednego zawodnika. My się wszystkiego uczymy na żywym organizmie i tych punktów bardzo żałuję, ale nie ukrywam, że jesteśmy w dobrym momencie dla tych piłkarzy. Każdy chce grać, każdy czuje się dowartościowany, każdy jest lepszym piłkarzem niż trzy miesiące temu, a dla mnie to olbrzymia wartość dodana tego zespołu. Relacje między prezesem, dyrektorem sportowym, trenerem, sztabem szkoleniowym, piłkarzami są idealne. Nie jest idealnie po porażce, ale potrafimy się spotkać, przeprowadzić burzę mózgów w trzech naszych obszarach czyli prezes, dyrektor, czy trener. To nie jest tak, że ja z Jackiem ze wszystkim się zgadzam. Bardzo często w tym pokoju są krzywe spojrzenia. Kiedy analizujemy mecz, Jacek mówi jedno, ja drugie i nagle po całym meczu potrafimy ten konsensus wypracować i to jest fajne. Trzeba mieć swoje zdanie, opinie i nie wolno sobie przytakiwać, ale wiem, że odpowiedzialność za wynik sportowy spada głównie na trenera. To on dobiera zawodników. Jacek jest bardzo dobrym doradcą, opiniotwórcą i to okno transferowe, które przeprowadziliśmy wraz z nowym prezesem było próbą, kto jest kim jako człowiek i współpracownik. Spinając ten wywiad, cieszę się, że jestem w tym miejscu, z tymi piłkarzami i nie widzę na dzisiaj żadnych przesłanek, że może być smutniej niż weselej. Jestem nastawiony optymistycznie, bo codziennie widzę, że w szatni urodziło się coś pozytywnego.

Oceń publikację
(12 głosów)
Copyright © 2018 GKS.net.pl. Projekt: GKS.net.pl | KONTAKT

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Żeby dowiedzieć się więcej na temat cookies kliknij TUTAJ.